List do umierającego przyjaciela – część I

Jest to moja pierwsza opowieść osadzona w świecie Dehnei. W trzech częściach „Listu do umierającego przyjaciela” i odrębnym epilogu przedstawiam pobieżnie dzieciństwo i dojrzewanie Sefetha Sirondo-Un z perspektywy jego samego. Illghar, przyjaciel i przyszywany brat narratora, walczy o życie, potrącony przez tajemniczego jeźdźca. Zaś sam Sefeth, który nie potrafi odnaleźć w tej sytuacji, trafia do szpitala psychiatrycznego. Tam, w ramach terapii, pielęgniarka zaleca chłopakowi napisać intymny list, który może być odczytany jedynie przez jego adresata. Na kartkach papieru i ścianach izolatki Sefeth opisuje zmaganie się z traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa, nałogami i uczuciem, którym darzy swojego przyjaciela.

***

Przyjacielu!

Wiem doskonale o tym, Illgharze, że jestem niegodny Twojej uwagi, że najlepiej by było, gdybyś mnie nie przygarniał pod swój dach. Wiedziałem, że to wywoła tylko ból i zgorszenie. Zawsze to mówiłem, ale nie słuchałeś mnie, nawet wtedy, gdy popełniałem masę głupstw i obrzydliwych rzeczy. Teraz już widzisz, do czego doszło.
Teraz siedzę zamknięty w celi klinicznej jak wariat i krzyczę i zdzieram paznokcie na wapniowanych ścianach izolatki. Nie mogę uwolnić się od smutku, który spadł na moją duszę jak nocny puchacz i przytłoczył moje myśli.
Umierasz, a ja nie mogę na to nic poradzić. Mogę się modlić tylko do Twoich bogów, którzy przygarnęli mnie jak sierotę. Teraz leżysz z otwartą głową i z połamanymi kośćmi, podczas, gdy ja gryzę palce aż do krwi.
Ktoś Cię potracił. Nikt nie wie, kim jest jeździec, koń był nieoznakowany i nieobkuty. Wiem jednak, że tego jeźdźca nie ominie kara.
Wiem, że teraz leżysz bezwładnie na obskurnym szpitalnym łóżku, otoczony lekarzami, którzy nie dostrzegają Twojego egzotycznego, hindalukuńskiego piękna, tylko widzą potrąconego człowieka. Nie widzą Twoich niebieskich oczu, nieco jaśniejszej i gładszej twarzy, otulonej ciemnymi włosami. Wszystko przepadło dla beznadziejnego ratowania życia.
W dzień i w nocy nawiedzasz mnie jak okrutna zjawa, słyszę i odpowiadam na Twoje wołania. Tylko dlatego uznali mnie za chorego psychicznie i wsadzili mnie do więzienia dla szaleńców, takich jak ja. Mówiłem, że wszystko jest ze mną w porządku, ale nie chcieli mnie słuchać.
Nie podali mi ziół, nie wstrzykiwali środków uspokajających, ani nie prawiono nade mną kretyńskich guseł. Pielęgniarka podała mi papier, pióro i atrament śmierdzące sterylnością. Jeśli chcesz, bym opowiedział prawdę o sobie, to ją opowiem na piśmie. Wszystkie moje namiętności, pieprzone depresje i brudy mają ściec z dudki pióra i na papierze miały pozostać nieodkryte przez nikogo innego, niż przez Ciebie, jeślibyś cudem przeżył.
Historia moja, zanim Ciebie spotkałem, wyglądała tak:

Byłem tak zepsutym owocem, że nawet moja własna matka wyrzekła się mnie w chwili poczęcia. Potem, gdy rosłem w jej ciele jako pasożyt, postanowiła się mnie pozbyć. Alkoholem, papierosami, opiumem, sokiem z odwróconej mandragory, ziołami kupionymi od szarlatanki za ostatnie pieniądze, które zdążyła ukraść przed ciągle pijanym konkubentem. Ale nie potrafiła zabić już umarłego.
Urodziłem się, tylko dzięki niewytłumaczalnemu cudowi, cały i zdrowy, jako piąty z rodzeństwa. Nie pamiętam swojego imienia, podobnie jak imion pozostałych członków rodziny. Zawsze matka mówiła na mnie „robak” i tak jej zostało. Żyliśmy w stolicy Agnitorii, Fiinsordonie, dzielnicy nędzy, pieprzenia się i powszechnego zbydlęcenia, a z brudnych mieszkań wydobywały się nocą i dniem przekleństwa rodzące się ze spleśniałych języków. Wszędzie dookoła śmierdziało niemytymi ciałami, tanimi perfumami, alkoholem i nędzą.
Jedyną dobroć, jakiej doznałem w swoim życiu, były chwile, kiedy matrona przestawała pić i ćpać, a stawała się kochającą mamą i kobietą. Wtedy, mimo zmęczenia, przytulała mnie i szeptała do ucha „Kocham cię, skarbie”. I to było moje drugie imię.
Byłem złym dzieckiem, bo wywracałem kosze z praniem, gdy udawałem, że walczę z bratem na miecze, płakałem, gdy mnie ojciec bił, nie chciałem oddawać mu pieniędzy, które w pocie czoła wykradałem bogatszym przechodnim. (Ale ojciec bił przez chwilę, bo prędko umarł zniszczony pijaństwem). Chodziłem wiecznie wkurwiony, głodny i zimny, zamknięty na wszystko, co było dobre i wspaniałe.
Wtedy myślałem, że jestem silny, bo mam ukryty w podartej kurcie nóż. Ostrze wykonane z lichego metalu zardzewiało, a drobiny tlenku żelaza zalęgły się w moim sercu i psuły je od środka.
Byłem zepsuty i spieprzony, ale miałem w sobie resztki miłości ofiarowanej przez moją mamę i dumy, którą się zaraziłem przez czytanie starożytnych poematów, rozdawanych za darmo przez starca pod Bramą Cesarskiego Triumfu.
Jako dziesięciolatek dostałem od tego kapłana jedną z jego ksiąg, opisujących losy Hinda-Una, założyciela barbarzyńskiej krainy Hindaluku. Wędrował po różnych światach, krajach, walcząc, ucząc i uzdrawiając mijanych przez siebie ludzi. Zupełnie nie rozumiałem tej historii, słowa w niej zawarte były dla mnie zbyt wielkie i nierzeczywiste. Wielu z nich nie rozumiałem, bo znałem tylko ich wulgarne zamienniki. Były to słowa opiewające odwagę, mądrość, piękne kobiety i dostojnych mężczyzn, wychwalały miłość, tak płomienną i silną, że nie raz łamała ludzkie i boskie prawa. Były to słowa, które wychwalały waleczność i przyjaźń tak silną, że ożywiała ciała i uzdrawiała duszę. Wówczas one rozśmieszały mnie i wywoływały pogardę. Ale wracałem do nich, niczym do romansu, z tym niepokojącym podnieceniem, jakbym robił coś niemoralnego. Właśnie one zrobiły pierwszy wyłom w murze otaczającym mojego zdeptanego ducha.
Ta duma nie pozwoliła mi dłużej pozostać w domu, gdy odkryłem, że moja matka się kurwiła. Gdy zapytałem się jej, co robiła naga z innym, obleśnym i nagim urzędnikiem, ona złoiła mi skórę i rzuciła mnie temu bydlakowi na żer. Wtedy wyjąłem zardzewiały nóż i zabiłem gnoja, zabiłem po raz pierwszy. Tylko, że dla mnie nie był człowiekiem, lecz rozpasanym knurem, samcem.
Uciekłem z domu, nie przejmując się losem swoich braci i siostry. Wiem tylko, że zostali sprzedani do fabryki po tym, jak czarna grypa zabiła większość dorosłych robotników i nędzników. Ja sam uniknąłem ich losu, kierując się wyuczonym egoizmem.
Później uciekałem przed cesarską policją i błąkałem się po ulicach w strugach deszczu, który zmył ze mnie całą krew i brud. Nie było fragmentu ciała, w które nie włamałaby się woda. Porzuciłem sztylet daleko od siebie, dygotałem każdą komórką swojego jestestwa. Nawet epos Hinda-Unie zlepił się w całość, słowa zmieniły się w czarny olej drukarski, a kartki były spaćkane w niejadalne ciasto.
Słyszałem ujadanie wilczarów, coraz bliższe i straszniejsze. Chowając twarz w poczerniałych dłoniach, zacząłem szeptem wzywać obcego sobie boga o  pomoc. Nie wiedziałem, jak się modlić, nikt nie nauczył mnie kłaniać się wyższym egzystencjom. W mojej rodzinie rządziła jedna, jedyna boska esencja, zawarta w tanich butelkach, śmierdzących siarczystym alkoholem lub piwniczną wilgocią.
Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Znaków na niebie? Wstępujących i strącanych duchów z boskich piedestałów? Objawienia otwartych przejść do świata piękniejszego i mniej brudnego niż ten?
Byłem synem dziwki, błąkającym się po ulicach Fiinsordonu, płakałem, smarkałem w rękaw i biłem się z żebrakiem o pajdę wyrzuconego chleba. Byłem tak samo wart, jak ludziki robione z twardych owoców drzew wczesną jesienią. Nie mogłem liczyć na żaden z tamtych cudów.

I wtedy pojawiłeś się Ty.
Ale Ty nie zobaczyłeś, ale spojrzałeś na mnie! Przyszedłeś jakby nic, prawie dorosły i odsunąłeś mnie od tamtego nędznika i podałeś mi własną kromkę chleba. To było dla mnie nielogiczne i chore, że sam wyrzekłeś się jedzenia dla tak obrzydliwego stworzenia, jakbym byłem ja! Pamiętam tylko Twoje niebieskie oczy, teraz bez blasku, wtedy pełne zrozumienia, choć nie mogłeś zrozumieć mojego zdehumanizowanego zachowania.
Wtedy zniknąłem, by na nowo spotkać się z Tobą o tej samej porze na tej samej ulicy. Czekałeś na mnie z kromką chleba, tym razem był w niej też kawałek mięsa. Nabrałem podejrzeń, kiedyś matka opowiadała mi o pięknych młodzieńcach, którzy wyłapują dzieci z dzielnic nędzy, trują je jedzeniem i robią z nich potrawy dla krwiożerczych demonów. Ale nienawidziłem jej i pogardzałem jej radami, dlatego posiliłem się Twoim darem i pozwoliłem Ci na krótką rozmowę.
Przedstawiłeś się jako Illghar Sirondo-Un z hindalukuńskiego domu. Zapytałeś się, czy mam rodzinę, a gdy skłamałem, że jestem sierotą, to uśmiechnąłeś się i powiedziałeś, że szukasz brata, który wypełniłby pustkę w Twoim domu. Że w czasie czarnej dżumy umarli Twoi trzej mali bracia i tylko adoptowany chłopiec mógłby wyleczyć ból serca. Pokazałeś mi wszystkie niezbędne dokumenty, przyzwolenia od urzędnika cesarskiego, bo nie potrafiłem uwierzyć na słowo. Byłem dzikim dzieckiem bez imienia, nigdzie nie zanotowano mnie w kronikach. Już wtedy byłem zgorzkniały i nie ufałem ludziom, więc w pogardliwych słowach wyśmiałem Cię i pewnie zraniłem. Śmiałem się z Twojej naiwności, nazywałem Ciebie debilem, kretynem i pewnie Cię zraniłem. Wysłuchałeś tego wszystkiego bez słowa i nie odpowiedziałeś równie agresywnie.
Zanim odszedłem, dałeś mi swój adres, mówiąc, że zawsze mogę do Ciebie przyjść. Pożegnałeś mnie ciepło, chciałeś dać mi płaszcz, ale odmówiłem i uciekłem.
Minął tydzień, zanim pogrążyłem się w gorączce. Dygotałem raz to z ciepła, raz to z zimna, plułem krwią na chodniki i nie potrafiłem mówić. Coraz częściej płakałem z osamotnienia, w noce pochmurne i deszczowe stawiałem sobie dom z śmieci, czekając na śmierć. Śniłeś mi się coraz częściej, ciemnowłosy potworze! Zawsze w nich powtarzałeś, że masz dach nad głową, wolny pokój, pełno dawno nieużywanych zabawek, ciepłą wodę i jedzenie. Im dalej trwałem w uporze, tym bardziej choroba się nasilała i stawała się robakiem pożerającym moje siły i ciało. Nie była to czarna dżuma ani trąd, nie wiedziałem, co to mogło być. Chciałem umrzeć, a nawet zamierzałem otworzyć żyły znalezionym nożem i wydostać z nich całe moje życie, wszystkie cierpienia i kalectwa wraz z krwią.
I nagle przypomniałem sobie o Tobie, o Twoich słodkich obietnicach. Wyjąłem kartkę z Twoim imieniem i adresem, ale chorobliwy pot wymazał nazwę ulicy i numer domu, oszczędził jedynie nazwę dzielnicy. Czwarta z wszystkich ośmiu dzielnic Fiinsordonu, zwana Urzędniczą, bo tam znajdowały się wszystkie ważniejsze miejskie urzędy, szpitale i szkoły. Zacząłem iść, mijając strażników i starając nie wykaszleć swoich płuc i szukałem Ciebie. Każdego przechodnia wypytywałem o Ciebie, ale każdy kazał mi się umyć, bo śmierdziałem śmieciami. Gdy zdawało mi się, że za chwilę umrę, położyłem się pod stopami nieznanego mi bohatera z marmuru i zacząłem wołać Ciebie, jak pogańskiego bóstwa.

15 XI 2006, poprawiony 25 I 2013

Androfilia

Jesteśmy z dala od centrum,
Za nami drinki, pop i chłód.
Odpłyca nas tętna metrum,
Wszystko się zbiega w drżenie ud.

Plączemy się w uczuć pętach,
Przyssani w ten cielesny takt.
Szybka gra języków pęka
W czerniący się jedwabnie akt.

Kochany,  stałość Twych ramion
Zlizuję do krawędzi ust.
Poddaję się woni znamion,
Napiętnie w ucieczce nut.

***

Obudziłam się zbyt wcześnie,
Rozszarpana do konturu.
I szeptałam jednogłośnie:
„Mój drogi, przychodź codziennie!”

20/21 III 2012

Pamiętasz, ty stary diable?

Hej, stary diable, pamiętasz?
Choć brzydki, lecz zawsze z klasą,
W garnitur szyty na miarę.
Szeptałeś do ucha dziewczynom
O wszystkich rozkoszach z pasją,
Dałyśmy słowom Twym wiarę.

Hej, stary diable, pamiętasz?
Chodziłeś z cygarem w zębach,
Tańczyłeś w klubach w rytm swingu
Szeptałeś do ucha młodzieńcom
O walkach na życia ringu,
Nie daliśmy się zwieść sińcom.

Hej, stary diable, pamiętasz?
Stawiałeś nam młodym whisky,
Skulonym w szarość przez wyzysk.
Byliśmy jak smutne liski,
Więc dałeś rock’n’roll i talent,
Jakoś przeżyliśmy bez wyzwisk.

Lecz się stoczyłeś, by pójść dalej!
Lecz smak straciłeś, stary diable!

Hej, diable, coś ty zrobił?
Czemuś zmienił krawat na dres,
Rzucił cygarem, zwęszył blant?
Wiem, przechodzisz przez trudny test!
Czy lubisz opluwanie plant?
Czy boisz się, że wdepniesz na ściek,
Czyżby dopadł cię średni wiek?

Stoczyłeś się, by pójść dalej,
Lecz straciłeś smak, ty stary diable!

Hej, diable, coś ty zrobił?
Jesteśmy dziś smutni i źli,
Nikogo nie dziwi bunt,
Zło nie gorszy, tylko mdli.
Bo nie uczysz grzeszyć z gustem,
Po tobie zostały słowa puste.

Hej, stary diable!
Od dziś idziemy do nieba,
Tam prawiczek jest już niewart.
Nauczymy ich pić po męsku,
Nauczymy kochać po ziemsku,
Tak, jak nas kiedyś uczyłeś,
Zanim smak straciłeś, stary diable!

14 XI 2012 – 28 I 2013

Witam wszystkich Czytelników!

Wszystkim, którzy są na tyle odważni, żeby czytać moje wypociny, serdecznie gratuluję i dziękuję 🙂

Tutaj znajdziecie przede wszystkim moją twórczość pod postacią wierszy, opowiadań bądź własnych przemyśleń.

Do najważniejszych opowiadań zaliczam opowiadania obyczajowo-historyczne o Saszy Dragunowie oraz low fantasy o Vovinie Soroth. Natomiast we wierszach staram się dochowywać wierności klasycznej formie, a w treści angażuję przypadkowe podmioty liryczne do opowiedzenia własnych historii.

Dziękuję Kkohaku za ogólne wprowadzenie do wordpress i tym, którzy czytali moje opowiadania na Deviantart.

A więc, zaczynamy!